wtorek, 16 marca 2010

Star Wands

Tow. Struszyński, zachęcając do wstąpienia do Sarmackiej Armii Ludowej zaprezentował kilka zdjęć, połączonych ze sobą w propagandowy plakat. Pokazuje on żołnierzy z "Gwiezdnych Wojen", choć część z połączonych zdjęć przedstawia prawdopodobnie przebranych fanów sagi. Na zdjęciu-plakacie, przy wizerunkach armistów umieszczone są hasła, nawołujące do wstąpienia.

Co ciekawe, nie tylko wykorzystano znany motyw z popkulturowego utworu, czyli żołnierzy w charakterystycznych uniformach. Nie posłużono się tylko ich oryginalnymi, filmowymi wizerunkami, ale skorzystano także z już przetworzonego wizerunku. Obok zdjęć maszerujących szeregów kosmicznych żołdaków pojawiają się zdjęcia pojedynczego żołnierza, wykonującego gest niczym Michael Jackson - łapiącego się energicznie za krocze, czy innego, który łapie się oburącz za hełm, jakby poprawiał nażelowaną fryzurę w łazience klubu/ dyskoteki.

Sama zachęta korzysta zatem ze znanych popkulturowych symboli - twardej, silnej armii, gotowej na wszystko, armii, potężnej dzięki swej ilości i sile. To zapewne nawiązanie do ekspansjonistycznej retoryki wandejskiej podboju v-świata przez idee Wandy lub uwolnienia spod monarchofaszystowskiego buta. Zamierzenie typowo propagandowe, ukazanie potęgi Sarmackiej Armii Ludowej. Z drugiej jednak strony, dzięki wykorzystaniu przetworzonych symboli, pokazania żołnierzy w luźnym, zabawowym kontekście, fotografie można czytać niemal jak zdjęcia z imprezy, pokazuje się lekki, żartobliwy, kabaretowo-krytyczny charakter Wandystanu.

Próbując odczytać opisywane zdjęcie pomyślałem, że mogłoby ono być okładką książki opisującej mikronacje. Nie tylko sam Wandystan, bo umiejscowienie znanych symboli w nowym kontekście, w dodatku z wykorzystaniem już przetworzonych, zrekontekstualizowanych wizerunków, oddaje mikronacyjnego, re-produkcyjnego ducha. Okładka, jeśli się pojawi, zapewne nie wykorzysta przedstawianej fotografii-plakatu z powodu ograniczeń prawa autorskiego. Ale prawny aspekt również pokazuje, jak kultura mikronacji, która jest przecież jedną z internetowych kultur, ustosunkowuje się do prawnych ograniczeń, które - gdyby traktować je dosłownie - byłyby zabójcze dla twórczego potencjału mikronacyjnej krytyki rzeczywistości (zarówno realnej, jak i v-realnej - ostatni termin brzmi absurdalnie, ale oddaje skomplikowaną prawdę o v-rzeczywistości ;) ).

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

środa, 28 października 2009

LDKS i LDMW - porównanie aktywności w ostatnich dwóch latach

IPpN poświęca obecnie swoje zasoby energetyczne na różnorodne rozważania. Żeby żądni wiedzy czytelnicy biuletynu nie zapomnieli o działalności naukowej Instytutu, zabraliśmy się za krótkie i przejrzyste zestawienie aktywności na listach dyskusyjnych dwóch mikronacji w ostatnich dwóch latach.


Jak się okazuje, kraj, który prezentuje się jako największe polskie państwo wirtualne, może mieć okresy gorszej aktywności na najważniejszej liście dyskusyjnej niż państwo niewielkie, powstałe z oderwania się od Księstwa Sarmacji. LDMW prezentuje się na wykresie aktywności jako mniej stabilna, jeśli chodzi o aktywność, przestrzeń publiczna. W Mandragoracie po okresach wyciszenia pojawiają się potężne wzrosty aktywności. LDKS wygląda na bardziej zrównoważoną. Mamy tu niemal regularne spadki i wzrosty aktywności. Zwróćcie uwagę, że spadki i skoki aktywności wypadają, z pominięciem sarmackiej specyfiki "małych skoków", bardzo podobnie. Linie aktywności od października 2007 do lipca 2008 są niemal identyczne, a i największy "dołek" aktywności w obu krajach, jak i następujący po nim wzrost, przebiegają bardzo podobnie. Kulminacja wzrostu po największym kryzysie wypada na LDMW i LDKS w tym samym momencie i sięga tej samej liczby postów! Zauważamy zaraz potem niepokojącą dla Sarmatów tendencję - aktywność głównego kanału komunikacyjnego Księstwa ma tendencję wyraźnie spadkową, funkcjonując na jednym z najgorszych poziomów w ostatnich dwóch latach. Na LDMW spadek jest w ostatnich kilku miesiącach niewielki i można zaobserwować "małą stabilizację".

Porównanie może być, oczywiście, uznane za niepełne, bo choć LDKS jest najważniejszym kanałem komunikacyjnym Księstwa, to funkcjonują również wewnętrzne listy dyskusyjne prowincji, których do sumy postów sarmackich nie wliczaliśmy. Biorąc pod uwagę fakt, że Wandystan był sarmacką prowincją, być może niektóre z pozostałych prowincji osiągają wynik zbliżony do wandejskiego (będziemy wdzięczni za dane w komentarzu). Porównujemy jednak okres, kiedy Wandystan nie był już częścią Księstwa, nie można zatem twierdzić, że wcześniej aktywność wandejska utrzymywała się na identycznym poziomie, mogła być niższa z racji zaangażowania mieszkańców w życie ogólnosarmackie.

Okazuje się jednak inaczej. Co prawda dostępne było dla nas jedynie zestawienie LDMW z LDKS publikowanej na google co może zaciemniać obraz, ponieważ LDKS choć działająca od 2007 roku na google, przez kilka miesięcy utrzymywana była także na yahoo. Zakładamy jednak, że z każdym kolejnym miesiącem roku 2007 LDKS na google była wykorzystywana częściej niż na yahoo, co daje zupełnie nieoczekiwane rezultaty, kiedy porównamy aktywność listy wandejskiej i sarmackiej na przełomie czerwca i lipca 2007. Czyli w momencie ogłaszania przez MW niepodległości i radości mieszkańców z uniezależnienia kraju. Wandejskie maksimum aktywności okazuje się być niemal odwrotnością postępującego spadku aktywności na LDKS. Ciekawe również, że w sierpniu i wrześniu 2007 obie listy idą niemal łeb w łeb, z identyczną tendencją. Sytuacja zmienia się w październiku, co było widoczne na pierwszym wykresie.


Porównanie aktywności obu krajów pozwala dojrzeć, że niektóre skoki aktywności w MW i KS pojawiały się niemal w tym samym momencie. To niezwykle interesujące, ponieważ jest szansa na sprawdzenie, czy te same wydarzenia napędzały aktywność w obu krajach, czy wynikało to ze wspólnych spraw, sporów a może zainteresowania mieszkańców tą samą sprawą z "realu". Możliwe jest zatem porównanie dwóch dużych krajów polskiego v-świata, związanych ze sobą wspólną historią oraz dokonanie analizy aktywności ich mieszkańców. To jednak wymaga czasu i właśnie tej tematyce poświęcimy jedną z kolejnych publikacji IPpN.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

środa, 7 października 2009

Pornosocjalizm II - monarchofaszystowskie pojmowanie kultury

Ostatnio poruszaliśmy kwestię pornosocjalizmu, pojęcia, które wypłynęło, a przynajmniej zostało przypomniane na fali niezrozumienia wandejskich zwyczajów. Wyjaśniliśmy, skąd wzięło się tradycyjne wypierdalać. Dzisiaj wracamy do OPM, by pokazać, jak wandejska kultura może szokować burżuazyjnych przedstawicieli pozostałych mikronacji.

Na początku czytelnikom należą się z naszej strony przeprosiny. W ostatnim artykule podawaliśmy, że Drogi Lider Pupka spowodował zamieszanie w Organizacji Polskich Mikronacji. To, oczywiście, nieprawda, na co Prezydent zwrócił uwagę. Zdarza nam się mylić Tow. Pupkę i Tow. Lepkiego, tak bardzo są do siebie podobni mentalnie. Liczymy na wyrozumiałość i wybaczenie błędu.

Co stało się po przywitaniu opeemowskich delegatów tuż po otwarciu wandejskiego biura? Można to opisać jednym słowem: szok. Był to, rzecz jasna, szok kulturowy (czy też w omawianym przypadku szok kulturalny). Nikt ze zgromadzonych nie spodziewał się tradycyjnego, poczerwcowego pozdrowienia, które upowszechniło się w MW po sarmackim zamachu stanu. No, może niektórzy się spodziewali, ale nie wszyscy mieli podstawową wiedzę o wandejskich realiach, co, oczywiście, świadczy tylko o nich.

Pierwszy zaprotestował Percian de Wega. Nie tylko w swoim imieniu, ale rozumiejąc w monarchofaszystowski sposób swoją fukcję zastępcy przewodniczącego OPM, w imieniu wszystkich krajów członkowskich. Interesujące, jak monarchofaszyści widzą sprawowanie publicznych urzędów - nie jako tymczasową reprezentację określonej grupy ludzi, ale jako sprawowanie władzy, niemalże z boskiego nadania (rzecz jasna istnienie bogów wykluczamy, odwołanie to ma służyć wyłącznie monarchofaszystowskim czytelnikom, a sam wątek nadaje się na oddzielny tekst).

Po delegacie de Wega odezwali się kolejni: Victor kard de Zepp, który krzyczał głośno, chociaż nie potrafił poprawnie użyć polszczyzny oraz Adrian Scott, prawdopodobnie zakochany w pojęciu kultury wysokiej, tak lubianym przez monarchofaszystowskich pseudointelektualistów - wspomniał również o "randze miejsca", co sytuuje go w pobliżu de Wegi - OPM jako śmietanka, elita elit, wyznaczająca mikronacyjne standardy. Scott ośmieszył się także stwierdzeniem, że wandejskie pozdrowienie to "żargon".

Nie będziemy analizować wszystkich wypowiedzi. Warto jednak zwrócić uwagę, że również przewodniczący Kościński zabrał głos:

"Ja też uprzejmie proszę o stosowanie języka dyplomatycznego.
Wandejski żargon (dialekt?...) jest oryginalny i zabawny, ale nie na miejscu."

Wypowiedź jest niezwykle interesująca, ponieważ pokazuje, że Diuk traktuje z góry wandejską kulturę - można mu to jeszcze wybaczyć, znając jego monarchofaszystowskie zapatrywania - nie można jednak zgodzić się na stwierdzenie, że wandejska mowa jest jedynie zabawą, wygłupem i "nie na miejscu". Czy podobne słowa powinien wypowiadać szef poważnej, międzynarodowej organizacji?

Nie jest naszym zamysłem analizowanie wszystkich wypowiedzi, jakie miały miejsce w wandejskim biurze. Warto na pewno zwrócić uwagę na jeszcze jedną wypowiedź przywoływanego wyżej Scotta, który nie zrozumiał informacji Tow. Pupki, o zastosowaniu w przywitaniu Tow. Lepkiego typowej, grzecznościowej wandejskiej formy :

"Jednakże w OPM powszechnie obowiązuje j. polski i osoby zwykle się nim posługujące mogą z powodu tego typu zwrotów poczuć się urażone. Dostosowanie się do pewnych norm, obowiązujących w danym miejscu, jest jedną z zasad dyplomacji. Jakże zdrowych.

Ponadto pomijając już kwestie tego konkretnego "zwrotu" cała wiadomość powitalna była przesiąknięta drwiną. Może to również jest dobry obyczaj w Wandystanie, lecz na pewno nie tutaj."

Jak widać, autor nie tylko nie zna zwyczajnego, polskiego słowa wypierdalać i uznaje je za słowo obce. Uznaje również, że co jemu obce, to dla wszystkich niezdrowe (zalecić możemy podróże i naukę języków). Nie dopuszcza także możliwości drwienia w publicznej debacie. Traktuje OPM z gorliwością kontrreformatora i pogromcy czarownic, których, z wiadomych względów, w delegacji wandejskiej znaleźć nie mógł.

Opisane i zinterperetowane wydarzenia świadczą o ignorancji wielu przedstawicieli mikroświata. Jak widać, większość mikronacyjnych dyplomatów uważa, że pouczanie, zwracanie uwagi i moralizatorstwo, bez podjęcia próby poznania atakowanego kraju, jest zwyczajną dyplomatyczną praktyką. Cóż, Wandystan ani nie straci, ani nie skorzysta na podobnych praktykach monarchofaszystowskich, pseudointelektualnych nieuków. Jako pracownicy naukowi, gdybyśmy po diagnozie sytuacji mieli również wskazać zalecenia, moglibyśmy polecić tylko jedno - rok w szkole dyplomacji Tow. Kellera, zasłużonego rektora Ludowego Uniwersytetu Wandejskiego.

Wanda z Wami, Towarzyszki i Towarzysze!

Czytaj dalej...

niedziela, 27 września 2009

Pornosocjalizm I - powitanie "wypierdalać!"

Przeczesywaliśmy dzisiaj nowe forum Organizacji Polskich Mikronacji. Trochę z zaniedbania i pomijania OPM ostatnimi czasy, trochę szukając tematów na kolejne artykuły i być może kolejne projekty badawcze. W pierwszej kolejności zwróciliśmy uwagę na biuro Mandragoratu Wandystanu, chcąc poznać aktualny skład delegacji wandejskiej. Nie przypuszczaliśmy, że znajdziemy tam niezwykle interesujący wątek.

W przywitaniu delegacji Mandragoratu Prezydent Pupka użył na zakończenie wyrażenia wypierdalać!. Zanim przejdziemy do przedstawienia i refleksji nad tym, co stało się w OPM później, po pozdrowieniu zebranych przez Drogiego Lidera, spróbujmy uściślić, skąd wzięło się, oryginalne na tle pozostałych mikronacji, pozdrowienie.

Wandejczycy i Sarmaci doskonale wiedzą, że jest to tradycyjne pozdrowienie wandejskie, które zyskało popularność na fali tzw. perunizmu językowego, charakteryzującego się nadmiernym, a przynajmniej częstym używaniem wulgaryzmów lub używania prostego, wulgarnego języka do codziennej komunikacji i opisu rzeczywistości. Druga przyczyna pojawienia się i utrwalenia pozdrowienia doczekała się legendy, zgodnie z którą nowo przybyły mieszkaniec MW został pozdrowiony przy użyciu wspomnianego słowa i nigdy więcej się nie pojawił. Wersję tę, znaną w Wandystanie, a także w Sarmacji i zapewne w Wolnej Republice Morvan, prostuje główny bohater legendy, Tow. Ciupak, zwracając uwagę na rozpowszechnienie gestu przez Mandragora Seniora Czarneckiego:

Tak naprawdę to było tak, że podczas czata kryzysowego zjawił się tam
nowoprzybyły Wandejczyk, który osiedlił się w MW podczas WC, jednak ja o
tym nie wiedziałem i myślałem, że on był nadal Sarmatą. A tak się złożyło,
że tow. Winnicki prosił, aby nie zjawiał się w tym czasie tam żaden
Sarmata (mimo że czat nie był tajny, co skrzętnie wykorzystałem podczas
publikacji słynnych Taśm) - tak więc, większość poprosiła tą osobę o
wyjście... No i wtedy zarzuciłem przy okazji słynnym cytatem z pism
wandowych z Alth 1. Zaś dopiero po jakimś czasie, tow. Czarnecki zamieścił
na stronie Gellońskiego Hufca Maszynowego "zawołanie oficjalne, stosowane
na uroczystościach jednostki", którym było oczywiście "Wypierdalać !
Wypierdalać !". No i tak się zaczęła kariera tegóż pozdrowienia...

Uzupełnieniem i dokładniejszym opisem nowo przybyłego Towarzysza z legendy zajął się Prezydent Pupka, którego casusem w OPM zajmiemy się w drugiej części artykułu:

"To ja teraz sprostuję :) Owym nowozapisanym był mój realny znajomy,
którego bynajmniej nie niewinne "wypierdalać" zraziło, był bowiem prze-
ze mnie ostrzeżony i poinstruowany o co chodzi. Przypominam jednak,
że jego przyjście nastąpiło w czasach słusznie minionego pornosocjaliz-
mu i to właśnie owe 20 wątków dziennie, których tematami było wyłącz-
nie ruchanie w dupsko młodych baridajczyków (z wazeliną lub bez) i
spusty z połykiem. To właśnie one zniechęciły owego kolegę. Kolegę,
którego od tego czasu regularnie namawiam na powrót do MW i który
regularnie wykręca się mówiąc "może kiedyś". (...). Tak więc kolega ten
nie wystraszył się wcale słynnego zawołania. Legenda ta (boć ziarnko
prawdy jest przecie...) ukuta została nieco później i jakoś tak utkwiła w umysłach gawiedzi."

Warto zwrócić uwagę na użyte przez Tow. Pupkę pojęcie pornosocjalizmu do opisu panującej dwa lata temu atmosfery eksponowania homoseksualności i zachwycania się swobodą seksualną, która rozkwitła na niewyobrażalną skalę jeszcze przed wandejskim czerwcem, na fali restauracji ideowej Mandragoratu i odzyskiwania świadomości odrębności kulturowej wobec pozostałych ziem ówczesnego Księstwa Sarmacji. Jak później wyjaśniał Drogi Lider, pornosocjalizm to termin burżujlandzki, acz nad wyraz trafny. Do dyskusji włączył się Tow. Struszyński, rozwijając pojęcie pornosocjalizmu:

O ile mnie pamięć nie myli, to tak właśnie w 2007 albo nawet 2008 roku
ktoś z Sarmacji albo ktoś inny określił ustrój polityczny naszego
państewka. Generalnie chodzi tutaj o wulgaryzmy, ciągłe pisanie o
jebaniu, penisach itd.

Według Tow. Pupki określenie pojawiło się w prasie dreamlandzkiej. Niestety, nie mamy jeszcze dokładnych namiarów. A szkoda, ponieważ sięgnięcie do źródła pozwoliłoby nie tylko określić, gdzie i w jakich okolicznościach zauważono specyfikę seksualności wandejskiej, ale również mogłoby nam pomóc opisać, jak rodziła się wandejska seksualność i co było ewentualnym katalizatorem odejścia od konserwatywnej, sarmackiej wizji seksu jako czynności służącej wyłącznie do rozmnażania.

W wandejskiej dyskusji na temat pornosocjalizmu pojawiły się głosy krytykujące używanie wulgarnego słownictwa. Zdaniem Tow. Struszyńskiego, robi się to po prostu nudne, Tow. Kanzler z kolei nigdy nie był fanem tej części wandejskiej kultury. Czy jest szansa, że wandejski język ewoluuje i odejdzie od prostoty perunizmów, które, warto dodać, rodziły się w wirze rewolucyjnej retoryki, odwołującej do prostego, pracującego człowieka, uciskanego pod jarzmem sarmackim. Na pewno nie byłoby to nic dziwnego, ponieważ wandejska kultura jest niezwykle płynna i twórcza, chociaż mogłoby spowodować protesty niektórych wandejskich radykałów.

W kolejnej części tekstu zaprezentujemy, jak proste, wandejskie powitanie może wywołać oburzenie w OPM. Zastanowimy się również, czy na forum międzynarodowym powinno się używać tylko standardowego języka, czy też formy lokalne są dopuszczalne. Może się bowiem okazać, że pozornie sterylne formy są nasączone ideologią...

Czytaj dalej...

sobota, 26 września 2009

"Gruba linia" czy odchody na odchodnym?

Kondycja mikronacyjna, przynajmniej w części sarmacko-wandejskiej, nie jest najlepsza. Wskazywaliśmy to w ostatnim artykule, ale jaki jest koń, widzi każdy. Możliwe, że punkt widzenia zależy od aspiracji. Mikronacje, które okres świetności mają za sobą, chciałyby powrócić do złotego wieku. Ich ambicje nie uległy zmianie i może stąd wynikają kompleksy i szpitalny, a może już nawet grobowy ton rzeszy starych mikronacyjnych wyjadaczy.

Zarówno obecne Księstwo Sarmacji jak i Mandragorat Wandystanu mają imperialne ambicje. Mniejszy Wandystan, w pewnym sensie w cieniu Wielkiego Brata Sarmackiego, z którym żre się i żreć będzie jak "realny" Serb z Chorwatem (choć porównania DDRowsko-RFNowskie też się przewijały), wyszedł z Sarmacji, ma z tą obecną wspólną historię i zapędy. Nie chodzi rzecz jasna o "fizyczne" podboje, ale o potrzebę istnienia na politycznej scenie i rozgrywania. Nie bez powodu w dzisiejszym Wandystanie funkcjonuje kilku aktywnych niegdyś Sarmatów - gdzie indziej mogli się odnaleźć, mając do wypełnienia imperialną misję? Bo ukrywać nie ma sensu, że Wandystan ością staje w mikronacyjnych gardłach ze względu na ponadprzeciętne wrażenie własnej wyjątkowości.

Nie idzie nam jednak dzisiaj o ranking imperialistów. Ambicje państwowe zdają się przekładać na ambicje jednostkowe. Stąd prawdopodobnie wynika problem mikronacyjnego upadku. Kto chciałby przyznać, że nie udało się budowanie gigantycznych gmachów, nowych Rzymów, Rzeczpospolitych czy Związków Radzieckich? Zapewne niewielu. Nie przyznając się do tego popadamy w spiralę wzajemnych oskarżeń i sporów, wycinamy lub sami się wycinają najlepsi i najaktywniejsi, jak były diuk Łaski czy w Wandystanie, co można właśnie na LDMW oglądać, mandragor senior Khand.

I to właśnie jest problem dzisiejszych mikroświatów. Rozbudowana kultura, zwyczaje, prawo, wzajemne animozje, spory, historie sprzed lat wciąż żywo dyskutowane, jak "wandejski czerwiec" na zjeździe mikronacji w Toruniu. V-państwowe bogactwo kulturowe blokuje przed radykalnymi zmianami, które po obiektywnej (na ile to możliwe) diagnozie mogłyby nastąpić, by uratować nie tylko mikronacyjną ideę, ale jak największą część odchodzącej, jak chcą niektórzy, v-kultury. Bogactwo to, gromadzone już od ponad dziesięciu lat (patrząc ogólnie na mikronacyjny polski fenomen) to również bariera dla nowych ludzi. Do mikropaństwa coraz trudniej wejść i to nie przez ograniczenia prawne, selekcję i dobór osób. Blokadą są niejasne dla początkujących, zawiłe relacje społeczne i historyczno-polityczne uwikłanie państw na arenie międzynarodowej, wewnętrznej - jak w przypadku Księstwa Sarmacji (gdzie dawna "Sarmacja właściwa" nie ma już chyba własnej tożsamości), czy wewnętrzne komplikacje pomiędzy stronnictwami i jednostkami.

Nowy potencjalny mikronauta, jeśli ma wybrać pomiędzy przebrnięciem przez trudy zapoznania się z bogatym v-światem, do którego wkracza, gdzie czekają na niego jeszcze obowiązki, jeśli chce zostać i zaistnieć, a np. zabawą w "Facebooku" - wybiera to drugie. Wskazuje to przykład mandragora Khanda, z którym autor artykułu często się nie zgadza, nie zgadzał i na którego Khand się obrażał. Ale jego dzisiejszy "list otwarty" - tak bym go określił - pokazuje, że nawet stary mikronauta, nawet najbardziej zaangażowany, może wybrać serwis społecznościowy.* Pomijam motywację, bo nie chcę rozwijać wątku, ale wpisuje się ona częściowo w opisane przeze mnie wyżej napięcie powodowane trudną sytuacją i hermetycznością mikronacyjnego świata.

Gdzie szukać przykładnych alternatyw i ratunku? Może jedną z nich jest Sarmacki Ruch Unitarny Piotra Mikołaja? Może propozycja Khanda ustroju opartego na kandelabrach** , a może pomysł Tow. Ciupaka, by powrócić do Wandystanu budowanego nie w opozycji do Sarmacji, co wciąż się dzieje, ale prześmiewczo wzorując na komunistycznych "realnych" pierwowzorach. A może lekarstwem, przynajmniej na niektóre bolączki byłoby wprowadzenie CINTRy w krajach niewandejskich, jak KS? Każdy kraj musi szukać samodzielnie. Może warto też ciągnąć temat wspólnego, v-międzynarodowego przekształcania mikroświata i zachęcania nowych do osiedlenia. OPMowski pomysł sprzed roku wspólnej strony i promowania różnych krajów, umarł śmiercią naturalną, mniejsze kraje nie chcę promocji z większymi, bo kłótnie o "czas antenowy", podejrzenia o podbieranie mieszkańców itp. Czy jest wyjście z sytuacji? Czy ktoś zdecyduje się na "grubą linię", jakkolwiek to brzmi, wszak przetwarzamy nieustannie "realną realność" na własne potrzeby...

* Może to wybór świadomie kontrowersyjny, bo kto wie, czy nie przydałoby się mikronacjom upodobnienie do serwisów społecznościowych, co też Khand chciał promować - pisał o tym, że będzie popierał "web2zerowacje".

** To zdanie może nie mieć sensu, bo nic o kandelabrach nie wiemy - opuściliśmy ten moment w MW.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

wtorek, 22 września 2009

Ostatni gasi światło?

Czy zbliżamy się do mikronacyjnego końca? Temat ten przewinął się ostatnio przez część mikroświata w prasie, dyskusjach mieszkańców, a nawet przemknął gdzieś w dyskusji na mikronacyjnym zjeździe.

Przerażające zapytanie, które można w przypływie złego humoru odczytać jako stwierdzenie, pojawiło się jako tytuł artykułu w "Naszych Mikronacjach". Polecam serdecznie. Debata na temat trwałości rzeczywistości mikronacyjnej jest w obrębie naszych zainteresowań, nie mogliśmy zatem przegapić tak smakowitego kąska.

Zabawne, że podczas ostatniego zjazdu mikronacji ktoś przebąkiwał o końcu "Naszych Mikronacji". Ale pismo wróciło z mocnym tematem. Niezwykle interesujące jest zwłaszcza twierdzenie, że aktywność mikronacyjna nieustannie obniża się od 2005 roku, choć jednocześnie autor podaje, że był to rok kulminacyjny, kiedy za sprawą powoli zapominanego już Avistaka do mikronacji napłynęło wielu mieszkańców.

Trudno nam zgodzić się z redaktorem, że dwadzieścia tysięcy mikronautów, którzy według jego szybkich rachunków przewinęli się przez v-świat, to liczba mała. Nieco mylące jest wskazywanie tła dla tej liczby - autor wylicza, że czternaście milionów Polaków korzysta regularnie z internetu. Liczba ta zmienia się jednak z roku na rok, tendencja jest rosnąca.

Być może moje wskazanie działa na niekorzyść mikronacji, bo przy rosnącej liczbie internautów, mamy spadającą liczbę mikronautów. Interesujące byłoby dokładniejsze przedstawienie zmian uczestnictwa. Kto wie, może mikronacyjna idea to idea przestarzała, która nie jest obecnie interesująca dla aktywnych, inteligentnych i doświadczonych internautów. Może rozrywki sieciowe, które skupiają się na zawartości, niekoniecznie na formie, nie mają obecnie siły przebicia. To jednak zupełnie nie tłumaczyłoby, dlaczego pojawiają się w mikronacjach ludzie raczej młodzi, którzy niejednokrotnie szybko znikają.

Zabrzmi to strasznie, ale może są to kolejne osoby, którym niedawno podłączono internet? Które eksplorują sieć, gonione potrzebą wirtualnego zaistnienia, a kiedy go nie znajdują, opuszczają mikronacje w poszukiwaniu nowych doznań.

Niepokojąco zabrzmiał dzisiejszy mail Towarzysza Grigorija na LDMW:

"Towarzysze, wszyscy wiemy, że mało nas w chuj. Dodatkowo też przybywa
nas mało w chuj. (...) Co więc zrobić w takiej sytuacji, czy jesteśmy skazani na śmierć przez
wyginięcie? Można mówić promocja, srocja, gówno prawda niestety, bo
nie ma możliwości dobrej "promocji" chyba, że wykupimy miejsca
reklamowe w centrum największych miast Polski.

Kończąc swój wzwód, chciałbym abyśmy się zastanowili, czy Mandragorat
musi umrzeć...".

Warto również sięgnąć do komentarzy pod artykułem w "Naszych Mikronacjach". Nie wszyscy zgadzają się ze spadkiem aktywności. Można nawet powiedzieć, że kraje niewielkie, jak Al Rajn, wskazują na nowych aktywistów, a inne v-nacje, jak Monarchia Austro-Węgier reagują nerwowo, zarzucając dużym v-krajom, że swoje niepowodzenia w przyciąganiu nowych mieszkańców chcą zrzucić na mniejsze państwa, a o zbiorowej promocji nie może być mowy.

Coś jest w opinii Franciszka Józefa II. Podczas zjazdu mikronacji wspominano o "marnującym się potencjale" osób, które zakładają mikronacje lub osiedlają się w niewielkich v-państwach. Ale może zamiast szukać winnych, warto, jak Towarzysz Grigorij, szukać rozwiązan i wziąć się do roboty i za solidną promocję? Nie można jednak zapominać, że nowych mikronautów łatwo urazić, zwłaszcza gdy nie znają kulturowych realiów. Przywitany niegdyś przez Tow. Ciupaka "nowy", soczystym wandejskim "wypierdalać!", nigdy więcej się nie pojawił...

Wandosławię, Drodzy Czytelnicy.
Czytaj dalej...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Karton Soku, czyli jak zostać Robertem Czekańskim

W Księstwie Sarmacji przewija się obecnie dyskusja związana z używaniem przez jednego z Sarmatów nowego imienia i nazwiska.  Otóż mieszkaniec ten przyjął za swoje nazwisko i imię, kojarzone do tej pory z równie zasłużoną co znienawidzoną w Sarmacji postacią RCA. Dyskusja zdaje się nie mieć końca i można odnieść wrażenie, że potępiający pomysły jegomości Kartonu Soku są w przeważającej większości.

Nie nam oceniać, czy racja jest po stronie przechrzty, próbującego odnaleźć się w v-świecie w nowej roli, z nową maską. Nie wiemy, czy jest to zasłużony mieszkaniec, a może nawet obywatel. Sprawdzać szczegółów nie mieliśmy zamiaru. Jedno jest pewne, ani pole nadawca, w którym Karton jak byk stoi, ani adres e-mail nie kojarzą nam się z żadną wybitną ni z rozpoznawalną postacią.

Skąd zatem pomysł na zmianę wizerunku? Być może jest to prowokacja, chęć poruszenia sarmackiego publicznego marazmu - wbrew pozorom dyskusja nie jest niepoważna - czy też próba wysondowania Sarmatów, sprawdzenia, czy i jakie są granice tworzenia awatarów i v-tożsamości. Jeśli autor zamieszania wybrał to ostatnie, zapraszamy do utworzenia specjalnej jednostki badawczej IPpN.

Dyskutanci prezentują ciekawe stanowiska. M.in. przewija się pogląd, sygnowany przez JKW Piotra Mikołaja, że Robert Czekański to prawdziwe imię i nazwisko i przywłaszczać go sobie nikt nie powinien. Być może Książę Senior chciał w ten sposób zauważyć, że korzystanie z personaliów kontrowersyjnej postaci jest nie na miejscu. Nie tylko JKW ma podobne zdanie. Odezwało się więcej osób, sugerując, że gdyby mogły nagle podpisywać się nazwiskami innych Sarmatów, doszłoby do nie lada zamieszania.

Jednak nie tylko przeciwnicy Kartonowych pomysłów wyrażają swoje zdanie. Niektórzy zwracają uwagę na kwestię identyfikacji osobnika, który przyjmuje określone dane. Wspominany Karton Soku podaje takie właśnie dane w polu "nadawca", nie próbuje również podszywać się pod RCA, który - jak ktoś słusznie zauważył - od dawna nie używa w v-świecie nazwiska Robert Czekański i w KS funkcjonował już jako von Thorn - Czekański.

Kto ma rację? Być może leży ona po środku. Można powątpiewać w szczerość intencji konwertyty, można również przymknąć oko na próbę być może dowartościowania ego. Jedno jest pewne - Księstwo rozpoczęło merytoryczną dyskusję. A że na temat nazwiska uznawanego w Księstwie za nazwisko zdrajcy i że ów niewierny na LDKS odezwał się w sprawie, przesyłając gryps z poparciem dla stającego w jego imieniu Piotra Mikołaja, to już mniej istotne. Być może uda się sprecyzować, co w zakresie v-tożsamości dozwolone, a co niemile widziane. I wcale nie musi to być określenie prawne. Siła v-społeczności jest silniejsza niż tworzone prawo, a jej decyzje często szybsze niż prawne regulacje.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...
 

odnośniki

Wystąpił błąd w tym gadżecie.

Instytut Pamięci postNarodowej Copyright © 2009 WoodMag is Designed by Ipietoon for Free Blogger Template